sobota, 19 sierpnia 2017

Nie znałam...

Wiele lat temu, znajomy z głębokiej Rosji, a właściwie z Tatarstanu z Kazania, powiedział zawstydzony, że musiał przyjechać aż do Polski, by nauczyć się rosyjskich piosenek. Dzisiaj ja, z zawstydzeniem mówię, że musiałam pójść na koncert rosyjskiego chóru z klasztoru Daniłowa z Moskwy, by usłyszeć, śpiewany po polsku, jeden z moich ukochanych utworów, który znam, ale tylko w wersjach instrumentalnych.  Ale, jak śpiewany! Po pierwszej zwrotce, sala zaczęła wstawać i pozostałą część pieśni, wysłuchaliśmy stojąc. Popłakałam się, ze wzruszenia. Wysłuchałam wielu koncertów, ale jeszcze nigdy nie widziałam, by publiczność wstała, w trakcie wykonywania utworu.
Pieśni, w wykonaniu Chóru z klasztoru Daniłowa, nie znalazłam w sieci. Szukałam długo i znalazłam taką wersję. Jest inna, brak w niej basów charakterystycznych dla męskich chórów cerkiewnych, ale posłuchajcie. A może znacie słowa Poloneza Ogińskiego?  Ja nie znałam...


Smak lodów

Zamilkłam, bo albo goście, albo wyjazdy. Moja przeprowadzka, skutkuje tym, że dla przyjaciół i rodziny z nizin, stałam się czymś w rodzaju atrakcji turystycznej i przystankiem w podróży. No może nie ja, ale okolica, w której zamieszkałam. Bardzo mnie to cieszy, dalej miewam dom pełen ludzi. Lubię to.
Poza tym, jak wakacje, to ja, jak zwykle - na Wschód:))) 
Na rynku we Lwowie, zobaczyłam taką scenkę, nie wiem, co o tym myśleć:))


W krótkiej, wolnej chwili, pomiędzy wizytami gości, przypomniało mi się, że w dzieciństwie, lody smakowały inaczej. Od myśli do czynu. Sięgnęłam po książkę kucharską o taką:
 W niej przepisy, naszych prababek albo i wcześniejsze ( XVIII-XIX w) Kuchnia bogata, z magnackich stołów, zwykłego śmiertelnika na pewno nie było na nią stać. Okazało się, że wtedy też jedli lody i to jeszcze jakie!


Zaczęłam od początku, od lodów śmietankowych. Bawiłam się z tym pół dnia, najbardziej pracochłonne było mrożenie. Maszyny do lodów nie posiadam, więc, co godzinę musiałam zaglądać do zamrażarki i mieszać, mieszać, mieszać.... Na wszelki wypadek zrobiłam pół porcji, bo jak nie wyjdzie, to szkoda jajek i śmietanki:))  Wyszło - rodzina zadysponowała następne, ale już całą porcję. Starsza wnuczka spróbowała i powiedziała: budyń. Biedulka, nie zna smaku prawdziwych lodów z mleka, jaj i śmietany:)). 
"Stare" lody, obowiązkowo musiały być podane w starym szkle. 

Gdyby ktoś był ciekaw i chciał pobawić się w cukiernika, cytuję za "Kucharką Litewską" 
Lody śmietankowe. W 1 i 1/2 litra śmietanki lub mleka, 1/2 kilo cukru, 10 jaj, 1/2 -1 laseczka wanilii.
Na 1 i 1/2 litra mleka tłustego wziąć pół kilo cukru dobrej wagi, utłuc i zmieszać z dziesięciu jajami, zalać mlekiem, postawić na ogień i ogrzewać mieszając, póki masa nie zgęstnieje. Włożyć pod koniec ogrzewania kawałek wysuszonej i dobrze utłuczonej wanilii, a skoro się razem ze śmietanką ogrzeje, przecedzić przez sito i studzić, mieszając ciągle. Skoro masa ostygnie,przelać ją do formy i kręcić na lodzie,stosując się do podanych wyżej przepisów. Na lody wykwintne zamiast mleka bierze się śmietankę.

Ps. Moje lody nie były wykwintne, były z mleka:))

poniedziałek, 24 lipca 2017

Róża

Zauważyłam, że w tym sezonie furorę robią białe róże:)))))
Poświęciłam wczoraj pół dnia i oto jest! Moja biała róża. Nie całkiem biała, taka bardziej patriotyczna, biało-czerwona.
Mam nadzieję, że sytuacja, nie zmusi mnie do chodzenia  na "spacery" z białą różą w garści, ale jakby co, jestem przygotowana.



Zakładki

Czasem człowiek ma nieodpartą potrzebę zrobienia komuś przyjemności. Czym obdarować czytelniczkę? Zakładką do książki, może nawet dwiema:)

 Czerwono-niebieska różni się wzorem, w zależności z której strony ją oglądać.



 Zielone listeczki, czerwone kwiateczki i chwościk:))  

W czasie, robienia zakładek, jednego dnia była burza a potem na niebie pojawiło się takie cudo!

Serdecznie dziękuję za za odwiedziny i komentarze.

niedziela, 16 lipca 2017

Różności

Ostatni tydzień spędziłam w Lublinie. Spotkałam się z przyjaciółmi, załatwiłam sprawy urzędowe. Ciągle jeszcze mam tam "jakieś" sprawy:)) Mieszkałam tam całe życie i było dobrze, a teraz po dwóch latach okazuje się, że każdą wizytę przypłacam jakimś uczuleniem. Tak było rok temu, myślałam - przypadek, ale nie! W tym roku było to samo. Rano obudziłam się z uczuciem piasku pod powiekami, oczy czerwone, piekące i tak do końca pobytu. Dodatkowo ból głowy i problemy ciśnieniowe. Wróciłam do Bielska i wyzdrowiałam. Najwyraźniej odwykłam od lubelskiego klimatu. Wychodzi na to, że wystarczyły dwa lata, by mój organizm jasno i dobitnie mówił mi, gdzie moje miejsce:)) 
Niezależnie od tego, zabrałam ze sobą kawałek mojego starego ogrodu.
Ten suchy badylek z jednym listkiem, to winorośl. Rok temu, osobiście przysypałam gałąź ziemią do ukorzenienia, w tym roku zabrałam ze sobą. Wiem, że w najmniej odpowiedniej porze, ale nie byłam pewna, czy jesienią będę w Lublinie, a winorośl chciałam mieć koniecznie. Wg. mnie, to najpyszniejsza z odmian, jaka rośnie w naszym klimacie. Obecny właściciel ogrodu (Ormianin) twierdzi, że smakiem nie odbiega od winogron rosnących w Armenii. Problem w tym, że nie pamiętam, jak nazywała się ta odmiana, dlatego  nie mogłam kupić nowej sadzonki. Teraz latam kilka razy dziennie i sprawdzam, czy nie więdnie. Po tygodniu, od posadzenia, wygląda, że będzie rosła. To niebieskie, to preparat na ślimaki, by dranie nie dobrały się do jedynego listka.

Tu małe drobiazgi, niezbyt skomplikowane.  Praca w sam raz, na upalny dzień, kiedy na nic innego nie ma siły.


Niebezpieczna piękność z mojego ogrodu. 
 W dwóch wersjach: niebieskiej - Aconitum napellus 

białej - Aconitum napellus "Album"

 Rośnie dziko w Europie i Azji. Można go spotkać w Karpatach w wilgotnych cienistych lasach.
Tojad mocny, czasami używa się nazwy ludowej: tojad mordownik i nie ma w tym żadnej przesady. Tojadem mordowano skutecznie i szybko. Zjedzenie niewielkiej ilości surowej rośliny gwarantuje raptowną śmieć w męczarniach. Mitologia grecka podaje, że tojad powstał z trującej śliny psa Cerbera, pilnującego wejścia do świata zmarłych - Hadesu.  Nauka mówi, że odpowiedzialną za jego trujące właściwości jest zawarta w roślinie aconityna. Będąc w Lublinie, czytałam w miejscowej prasie, że w jednym z lasów woj. lubelskiego,pojawił się - tojad mołdawski Aconitum moldavicum, roślina dotąd niespotykana na tych terenach. Jest równie trujący, co wszyscy jej "pobratymcy". 

Dlaczego mam w ogrodzie śmiercionośną piękność? 
 Bo jest piękna, bo wiem, że jest groźna, bo patrzenie nie truje, bo jest wiele innych, równie niebezpiecznych roślin, które miewamy ogrodzie i nie wiemy, że są trujące. Myślę, że niewiedza o tym, co mamy w ogrodzie, jest bardziej niebezpieczna, niż wiedza, że mamy w ogrodzie potencjalne niebezpieczeństwo.

Chyba bardzo groźnie się zrobiło, koniec z tym! Ocieplam nastrój:)) Nie tylko trucizny mam w ogrodzie:)) Znacie to śliczne delikatne pnącze?  To wiciokrzew japoński  "Aureoreticulata"  Kwiatki ma niepozorne - białe, za to ślicznie pachną, liście- sami wiedziecie:)) Krzew jest częściowo zimozielony. W przeciwieństwie do tojadu, wiciokrzew leczy. Ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne. Leczy przeziębienie, katar, ból głowy. Podobno może też skutecznie oddziaływać na wirusy grypy .   


Niezależnie od tego, pomaga, czy nie, na pergoli prezentuje się pięknie.
Pozdrawiam wszystkich zaglądających do mnie i zapraszam częściej:)) A teraz idę sprawdzić, czy moja winorośl nie zwiędła.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Wszystko czerwone

W ostatnim tygodniu upał by niemiłosierny, jak dla mnie za gorąco na spacery. Najchłodniej było w mieszkaniu, toteż siedziałam w chłodnym pokoju, zajmowałam się przyjemnościami (na obowiązki nie miałam siły)  i tak powstał prezent dla miłośniczki czerwieni. Kolia, kolczyki i bransoletka.


Jeszcze trochę kolorów upalnego lata. Jastrzębiec pomarańczowy (Hieracium aurantiacum L.) śliczna roślinka, którą przyniosłam z pobocza drogi. Ma niziutką rozetę liściową z której wyrastają proste, nawet do 40 cm wysokości łodygi, na szczycie których, wyrastają jaskrawopomarańczowe kwiatki. Traktuję je trochę, jak przepowiadaczy pogody. Kwiaty nawet w słoneczny dzień bywają zamknięte, to znaczy, że na pewno będzie padało:)). Wyczytałam też, że roślina jest charakterystyczna dla terenów górskich. Na nizinach  rzadko spotykana, to prawda, tam gdzie mieszkałam wcześniej, rośnie jastrzębiec żółty, pomarańczowego nie widziałam:))

Firletka omszona. U mnie rośnie, jak oszalała rozsiewa się sama. Lubię omszone mięciutkie liście i amarantowy kolor kwiatów. Kwiatki są niewielkie ale firletka nadrabia ilością. W firletce schował się agrest "na patyczku" (określenie wnuczki), czyli pienny.

  

Miało tego nie być, ale nie oparłam się...  Lubicie głos kukułek? ja lubię, kiedyś słuchać je było bardzo często, w tym roku nie słyszałam. Czyżby w górach ich nie było? Co ma kukułka do zdjęcia poniżej? Ano ma, gdyż ten kwiat po łacinie to: Lychnis flos-cuculi L. w tłumaczeniu:  lychnis - lampa (ze względu na to, że w starożytności łodygi jednej z odmian firletki używano jako knotów do lamp oliwnych), flos -kwiat, cuculi - kukułczy i tym sposobem mamy -  kwiat kukułczy.  To tyle nazwy wprost. Oficjalnie, funkcjonuje pod nazwą - firletka poszarpana. Rzeczywiście jest poszarpana. Moja ogrodowa niespodzianka, wysiała się sama i zauważyłam ją dopiero, jak rozkwitła.



A tu cuculus w pełnej krasie. Wiem, wiem, ptak kontrowersyjny ze względu na swoje obyczaje lęgowe ale, co on winien...

niedziela, 25 czerwca 2017

Bazar

Lubię bazary, szczególnie te wschodnie, gdzie można znaleźć wszystko:) Kochałam też warszawski bazar na na stadionie, jak mieszkałam w Warszawie, często tam bywałam. Niekoniecznie, by kupować, lubię atmosferę bazaru. Teraz piękny mamy stadion, ale bazaru żal:))) W obecnym miejscu zamieszkania, w kwestii bazarowej, wielkiego wyboru nie mam - targ dwa razy w tygodniu, ale i tam można spotkać coś ciekawego, np. piękną serwetę haftowaną na siatce filetowej. Serweta jest spora 100x100cm, śnieżnobiała, wykrochmalona i kosztowała tylko 30 zł,  to bezcen, pracy wymagała mnóstwo. Nie targowałam się:)  

 Podoba mi się haft na siatce. Kilka lat temu kupiłam narzędzia do filetu,  ale  technika okazała się dla mnie za trudna. Po kilku nieudanych próbach rzuciłam w kąt. Ta serweta bardzo mnie zmobilizowała. Zaparłam się, odnalazłam moje narzędzia (na szczęście nie wyrzuciłam podczas przeprowadzki). Spędziłam mnóstwo czasu na studiowaniu książkowego opisu, wykonywania siatek filetowych, jeszcze więcej godzin i dni na oglądaniu filmików, starych rybaków wykonujących sieci (tak, tak, to ta sama technika) i nareszcie jest! Moja pierwsza siatka, krzywa, nieporadna ale zrozumiałam jak to się robi, jestem z niej bardzo dumna:))

 Tutaj druga siatka w przygotowywaniu, powinna być lepsza. Trening czyni mistrzem:))

Jeszcze trochę ogrodowych zaległości, już przekwitły, ale nie było okazji, by pokazać.

 
 
Irysy, przywiezione ze starego ogrodu. Trudno aklimatyzowały się w nowym miejscu, czekałam dwa lata aż zakwitną.

Liliowce, Pozostałość po poprzednich właścicielach - jeden z niewielu pachnących liliowców. Pomiędzy nimi, dziko rosnące dzwonki rozpierzchłe (campanula patula) śliczne delikatne kwiatki, które pojawiają się w ogrodzie to tu, to tam...nie wyrywam ich, ładne są:).

 Kosaćce żółte (Iris pseudacorus), u mnie w ogrodzie ale to pospolita roślina, występująca w Polsce na podmokłych bagiennych łąkach. W przeszłości, wysuszonych kwiatów, używano do barwienia papieru i skór.  

 Mój ulubiony mak wschodni, pięknie tu rośnie.

niedziela, 18 czerwca 2017

Hrabiowskie tulipany




Dlaczego hrabiowskie?  

W ubiegłym roku, opowiadałam o nich , ale okazuje się opowieść była niepełna. Oczywiście moja wina, nie dopytałam mojej wiekowej mamy o szczegóły. W tym roku, wyszła mama do ogrodu i wróciła ze słowami "...no chyba uda się uratować hrabiowskie tulipany, aż trzy kwitną, a w zeszłym roku, był tylko jeden".  Zastrzygłam uszami:), dlaczego hrabiowskie? Wcześniej wiedziałam, że mama dostała je sąsiadki. Teraz znam całą historię. W młodości babka Pawlina (jak nazywa ją moja mama) służyła w hrabiowskim pałacu w Różance i właśnie z pałacowych ogrodów przyniosła do swojego ogródka cebulki tulipanów. Całe życie chlubiła się nimi i niechętnie się dzieliła cebulkami. Długo myślałam o opowieści mamy. Pałac nie istnieje. Został zniszczony przez wojska rosyjskie w sierpniu 1915 r i nigdy nie został odbudowany. Jako dziecko bawiłam się w jego ruinach, biegaliśmy po parku, zimą zjeżdżaliśmy na sankach, zrywaliśmy przemarznięte owoce berberysu. Do dziś pamiętam ten lekko kwaskowy smak. W byłej dworskiej oficynie mieszkały moje szkolne koleżanki. Chodziłam do biblioteki, urządzonej w dawnej tzw. rządówce - budynku zarządcy majątku. Teraz tego też już nie ma. Oficyna popadła w kompletną ruinę, bez dachu i części ścian. Przykry widok. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że z całego ogromnego założenia pałacowego nie przetrwało nic, co wydawało się solidne i trwałe, a w wiejskim ogródku panny służącej przetrwały delikatne tulipany.  Taki sobie chichot historii:)) 

Może to właśnie na tym klombie rosły moje "hrabiowskie tulipany"?  link,  tam też więcej o pałacu i jego historii. 

Jeszcze o roślinach, Hierochloe odorata, łacińskie terminy bywają bardzo poetyczne:)), mówiąc "po naszemu"- turówka wonna. Na pierwszy rzut oka wygląda, jak perz, jak ucieknie z przeznaczonego miejsca w ogrodzie, tylko wprawne oko odróżni ją od perzu. Nie da się tego zrobić po zapachu gdyż, świeże liście nie pachną. Mocny, przyjemny zapach wydzielają suche rośliny. Pachnie, słodko, korzennie trochę wanilią, trochę anyżem, to kumaryna zawarta w roślinie tak pachnie. Wbrew nazwie, żubry jej nie jedzą, jest ostra i twarda. Wszyscy wiedzą, że z trawy żubrowej (turówki) robi się żubrówkę ale zapewniam Was, sprawdza się też w innych kuchennych pomysłach. Kawałek liścia dodany do gulaszu lub pieczeni, daje potrawie egzotyczny zapach i smak. Warto spróbować:))

To moje ogrodowe zbiory i mimo, że nie mam w ogrodzie żubra, trawa żubrowa rośnie bardzo dobrze i ciągle ucieka z wyznaczonego miejsca. 

Zrobiłam długi wstęp, a teraz do rzeczy. Jak widzicie zebrałam, (diabeł mnie pdkusił:)), wysuszyłam i przyszło zastanowienia, ale po co Ci tyle? Dałam miejscowym znajomym, reszty szkoda wyrzucić...., może ktoś chce? Chętnie podzielę się.







poniedziałek, 5 czerwca 2017

Puk puk, jest tam kto?

Zniknęłam, miałam sporo różnych problemów i spraw do załatwienia. Od dłuższego czasu było, jak na wzburzonym morzu.  Kiedy myślałam,  że już już jestem na fali, nagle spadałam w dół  "... i znowu składanie życia z codziennego dzień dobry i dobranoc...."
Zaczynam nadrabiać zaległości. Obiecałam Iwonie, zdjęcie obrusa-bieżnika. Wywiązuję się z obietnicy, długo trwało, przepraszam:))


Od ostatniego wpisu, wiele się wydarzyło ale teraz, otwieram drzwi, wychodzę do ludzi...
jeden krok...

 drugi krok...
jestem na zewnątrz.
Zacznę od "wczoraj".  Wczoraj byłam na koncercie  Asamblea Mediterranea  - zespół ze Stuttgartu wykonujący żydowską muzykę aszkenazyjską i sefardyjską. Było wspaniale! Na tę wspaniałość nałożyło się wiele elementów, tworzących jedyny w swoim rodzaju nastrój. Deszcz lał, jak z cebra, zostaliśmy zaproszeni do  domu przedpogrzebowego na bielskim kirkucie. Wewnątrz półmrok oświetlony jedynie świecami, w wielkich dziewięcioramiennych menorach. Pomieszczenie nie ma okien, po obu stronach zostawiono otwarte drzwi, przez które wpada światło. Widać gęstwinę zieleni, słychać szum deszczu i śpiew ptaków. W  półmroku, w nastroju spokoju, ciszy potęgowanej przez deszcz, pojawia się muzyka i śpiew. Piękne kobiece głosy, dopełnione skrzypcami, gitarą, fletem, klarnetem, instrumentami perkusyjnymi... i ten deszcz i ptaki... Mówię Wam, warto było wyjść w burzę, warto było zmoknąć! 

środa, 15 marca 2017

Pisanki

Ostatnio miałam bardzo dużo zajęć, wyjazdów i takich tam innych. Nie miałam głowy do pisania, ale mam nadzieję, że idzie ku lepszemu:))
Ostatnie dwa tygodnie, spędziłam wyjątkowo pracowicie, ale to było moje ulubione zajęcie. Śpieszyłam się bardzo, by zdążyć przed świętami. To coś w rodzaju akcji charytatywnej: ja robię, ktoś sprzedaje, a kasa jest kropelką w słusznej sprawie.


Stół na którym leżą pisanki ma 110 cm średnicy, trochę ich jest, a dokładnie 210 szt. Ułożyłam je specjalnie do zdjęcia  i w tym momencie wpadły moje wnuczki. Trzeba było widzieć ich miny.:))) Dziewczynki w pierwszej chwili oniemiały a potem był jeden wielki okrzyk zachwytu. Wydmuszki zbieram przez cały rok. W moim wydaniu zrobienie jajecznicy trwa trochę dłużej niż wbicie jajka na patelnię, ale dla tego efektu warto poczekać.  

Violu, dzięki za upominki i urodzinowe życzenia.
Janeczko - jesteś niezawodna. Dzięki za cudowną kartkę i jeszcze cudowniejsze życzenia w niej zapisane. Mam nadzieję, że spełnią się. Pasują do mnie jak ulał.