poniedziałek, 30 września 2013

Już jestem:)) !

Było fajnie, ale powroty też mają swoje dobre strony:)) 
Mam w głowie tyle wrażeń, emocji i obrazów (obrazy częściowo zamknięte w aparacie fotograficznym).
Nie wiem od czego zacząć, to.... zacznę od początku:))

W oczekiwaniu na pociąg relacji Warszawa-Kijów.
W przeciwieństwie do mnie, bagaże nie zdradzają oznak niepokoju:)) Ja targana skrajnymi emocjami: od samouwielbienia własnej odwagi, przedsiębiorczości i ciekawości świata, do głębokich stanów lękowych i samokrytyki na temat własnej głupoty (kto mądry, pcha się samotnie w dzikie pola?) Co chwila powtarzałam sobie:  "co, tam... jest ryzyko, jest zabawa"  i z tymi myślami, o godz. 18.30 wsiadłam  do pociągu.
W podróży, czułam się trochę jak paczka, przekazywana z rąk do rak. Na każdym etapie podróży, ktoś na mnie czekał.
Na tym etapie podróży, w przedziałach sypialnych - 3 osobowych, obowiązuje podział na miejsca żeńskie i męskie. Moje towarzyszki podróży okazały się bardzo miłymi, kontaktowymi osobami. Obie panie były bardzo bezpośrednie, z mety przeszłyśmy na "po imieniu" :))  Miałyśmy przed sobą całą noc i zamiast spać, prawie ją przegadałyśmy.  Starsza pani  Ludmiła - Ukrainka wracająca od córki, od wielu lat mieszkającej w Warszawie. Trochę nam "matkowała", podpowiadając, jak rozłożyć spanie, gdzie upchnąć bagaże itp. Druga towarzyszka,  Anna - młoda Rosjanka, wracała do Moskwy z prywatnej wycieczki po Polsce (nie tylko ja, funduję sobie samotne podróże). Okazała się wspaniałą gawędziarką. Odwiedziła chyba pół świata, więc z ciekawością słuchałam jej opowiadań. Najbardziej zdumiało mnie to, co mówiła o Moskwie. Wg. niej, nie jest to miasto, w którym można normalnie żyć. Zatłoczone, drogie, z fatalną żywnością. Z racji wykonywanego zawodu (mówiła, że jest projektantką odzieży i stylistką), zwraca uwagę na wygląd ulicy (mam na myśli ubiór przechodniów), jak mówiła, w Moskwie  większość kobiet ubiera się dość niezobowiązująco i najczęściej noszą sportowe obuwie. Wynika to z konieczności, chodniki są tak nierówne, że wysokie obcasy grożą połamaniem nóg :).  W Polsce, w miastach, widziała więcej kobiet na wysokich obcasach,  za to Kijów, to prawie wybieg dla modelek. Też to zauważyłam, niebotyczne obcasy są na porządku dziennym. Śmiała się, że na wyjazd do Polski wzięła kilka sukienek, ale stylistyka rosyjska i polska nieco odbiegają od siebie i  nie odważyła się ich założyć. Jak określiła, czułaby się zbyt strojnie. Dwa tygodnie pobytu w Polsce było dla niej czasem totalnego luzu w ubiorze tj. spodnie, t-shirt i sportowe obuwie.  Od niej dowiedziałam się, że w Rosji bardzo dużym uznaniem cieszy się nasza odzież dziecięca. To samo potwierdziło się też na Ukrainie ale o tym później:). Tutaj dał znać o sobie mój patriotyzm, poczułam prawie dumna z naszego przemysłu :)).  Prawie cała noc minęła nam na rozmowie przy herbacie.

Herbatę/kawę,  można zamówić u kierownika wagonu tzw. prowadnika. Kosztuje 4 hrywny to ok. 1,60 zł.
Podawana jest wedle zwyczaju, w szklankach ze stylowymi uchwytami, ale z ukłonem w stronę nowoczesności. To, co widać w szklance jest  saszetką z herbatą ekspresową, to takie dwa w jednym. Saszetka jest z dość sztywnej, perforowanej (co widać) folii aluminiowej i z powodzeniem służy również za łyżeczkę do mieszania cukru.
Już na samym początku wyprawy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. W pewnym momencie Anna umilkła, wyciągnęła notes i zaczęła coś pilnie notować. Po chwili otrzymałam kartkę z pełnymi namiarami tj. adres, telefon, e-mail, skype i serdeczne zaproszenie do Rosji. Zostałam kompletnie zaskoczona, a miło mi się zrobiło, jak nie wiem co:)). Nie wiem, czy kiedykolwiek tam pojadę, ale na pewno postaram się podtrzymać znajomość.
O 9.30 czasu ukraińskiego, wysiadłam na dworcu w Kijowie. Miałam kilka godzin przerwy, za mało :( ale kilka obrazów udało mi się zatrzymać.

Cerkiewne kopuły urzekły mnie, każda jest inna i każda piękna.

 To mnie zaskoczyło, cerkiew XXI wieku.

Dwa rzuty oka na nową część miasta


"Mobi kofi" - kawa na wynos (pyszna) takie mobilne kawiarnie można spotkać prawie na każdym rogu .

 Zegar przy Placu Niepodległości. W nocy, zegar jest podświetlany i wygląda przepięknie. 

Kilka obrazków z bajkowego świata. Jest to tzw. park widokowy, gdzie młodzi artyści wykonali rzeźby przedstawiające postaci z bajek,  tu księżniczka na ziarnku grochu.

 Kamienne pieski i  kość

Ławeczka z latającym dywanem. Ławeczka stoi na wzgórzu, a w dole widać, wydawałoby się pięknie odnowione stare kamienice.



Ciekawość tego miejsca powiodła mnie w dół schodami , które trzymają się, chyba tylko "siłą woli" :)))

 A tam.... bajkowe kamieniczki. Jak mi powiedziano, nie jest to piękny przykład renowacji starych kamieniczek, ale piękny przykład nowego budownictwa wbrew zasadom. Całe osiedle składające się z kilkudziesięciu budynków w podobnym stylu zostało wybudowane 2 lata temu. Podobno bez  wymaganych
zezwoleń

.


Idę sobie, idę i nagle na tyłach starego domu handlowego, spotykam jedno z moich ulubionych miejsc - bazar.  Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam bazary :))
 


Jedna z ładniejszych stacji metra, o ile mnie pamięć nie myli, stacja nosi nazwę "Teatralna"


Ot, takie sobie samochody, stojące przed domem:))


Trochę starego i trochę bardzo nowego w tle.

Tu widok z centrum miasta. Ten czerwony pas na budynku oznacza sieć barów szybkiej obsługi o nazwie  "Pyzata chata"  to też moje "ulubione" miejsce, a tam szczególnie: wareniki z wyszniamy (pierogi z wiśniami), ach mówię Wam - pycha!!


Wnętrze pyzatej chaty. Zaraz przy wejściu znajdują się umywalki, gdzie można umyć ręce i przejść dalej. Dotychczas nie spotkałam takiego rozwiązania. Uważam to za genialny pomysł  
 


Wybór potraw jest bardzo duży: przekąski, kilka rodzajów zup, dania mięsne, rybne, warzywne, kilka rodzajów pierogów, naleśniki, mięsa i kiełbasy z grilla, ciasta, kawa, napoje. Myślę, ze każdy znajdzie tam coś dla siebie. 


Pyzate chaty z zewnątrz mogą wyglądać różnie,ale wnętrze zawsze jest podobne.

To już koniec mojej kijowskiej wycieczki. Tu jestem odwożona na dworzec kolejowy. Prosto przede mną budynek dworca. 





Wnętrze dworca, robione w biegu, bo przez korki na ulicach, ledwo, ledwo zdążyłam na pociąg:))

 

Tak zaczął się kolejny etap podróży :)))). Kijów - Symferopol. 
 




wtorek, 10 września 2013

Moja wielka podróż

Kochani, jeszcze nie wiem, czy to, co robię jest wyrazem głupoty, czy... sama nie wiem:))

Po dniach rozpatrywania za i przeciw, zdecydowałam, że nie mam co czekać aż ktoś się mną "zaopiekuje" i zawiezie tam gdzie ja chcę, a nie tam, gdzie jest oferta biura podróży.  Wsiadam dzisiaj po południu do pociągu i jadę na Krym. W Kijowie mam przesiadkę i kilka godzin wolnego, to połażę sobie po mieście. Rano 12 września będę w Symferopolu i mam nadzieję, że będą na mnie czekali na dworcu, bo jak nie, to będę musiała sama zorganizować sobie nocleg. Docelowo mam wylądować w  Łaspi i jeszcze raz Łaspi.
Trzymajcie za mnie kciuki, żebym szczęśliwie dojechała i wróciła:)) Jak szczęśliwie wrócę, z mojej samodzielnej podróży w nieznane, opowiem, jak było.

Na razie, przesyłam Wam kochani bukiet jesiennych kwiatów

Nie wiem, kiedy wrócę, bo tylko czas wyjazdu mam określony,  reszta zależy od moich pomysłów i wolnych miejsc w pociągu.

piątek, 30 sierpnia 2013

Nostalgia

Zaczęło się od śniadania(serek z pomidorem).



Pokroiłam jednego z ostatnich pomidorów, przywiezionych od mamy i uświadomiłam sobie.... Dziewiątego września minie rok, od kiedy zawalił mi się świat i tych kilka ostatnich pomidorów, ma dla mnie szczególne znaczenie.
Prócz wielu zainteresowań, mój Mąż, miał swoje letnie hobby - pomidory. Zajęcie zaczynało się wczesną wiosną. Najpierw było sianie, pieczołowicie zebranych jesienią i przechowywanych przez zimę nasion. Każda odmiana była starannie oznaczona, z myślą o tym, by potem w ogrodzie, zrobić ładną kompozycję. Zawsze kończyło się pomieszaniem sadzonek podczas pikowania:)))
Potem było niecierpliwe czekanie aż ziemia będzie wystarczająco ciepła i minie niebezpieczeństwo przymrozków i następowało wysadzanie pomidorowych krzaczków do gleby. Za każdym razem mówiło się, że: w tym roku, to już zdecydowanie należy ograniczyć ilość sadzonek tj., co najwyżej 3-4 sadzonki każdej z odmian. I nieodmiennie po zakończonej operacji sadzenia, okazywało się, że mamy 80 albo 100 pomidorowych krzaczków:))
 


 Przez całe lato, Moje Szczęście (tak nazywałam Męża) dbało o nie, prawie tak samo, jak o mnie, a może nawet bardziej:)) Aż przychodził moment, kiedy pomidory zaczynały dojrzewać... Było ich tak dużo, że zbieraliśmy je dosłownie wiadrami. Obdarowywaliśmy sąsiadów, współpracowników i każdego, kto tylko chciał. Moje Szczęście pękało z dumy, z powodu kolejnego udanego sezonu. Ja dla porządku, trochę narzekałam, że za dużo tego i w przyszłym roku, to już koniecznie musi ograniczyć swoje pomidorowe zapędy, bo ja mam mało miejsca na kwiaty:)). Mąż zgadzał się, że za rok, na pewno posadzi mniej, chociaż oboje wiedzieliśmy, że moje narzekania i jego obietnice, to tylko, taka nasza gra:))



Zaczynały się pomidorowe uczty. Nasze kolorowe pomidory, były atrakcją towarzyską. Wiele osób przyzwyczajonych do sklepowych pomidorów, ze zdumieniem odkrywało, że pomidory nie zawsze muszą być czerwone. Były: białe, żółte, pomarańczowe, fioletowe - któregoś razu, moja teściowa wyrzuciła na kompost prawie wiadro tych fioletowych, uznając, że zgniły na krzakach:)). Były też zielone, ale dojrzałe :)), malinowe i oczywiście standardowe- czerwone. Mało tego, każdy kolor inaczej smakował:)) Nawet te zielone, nie są zielone (w sensie niedojrzałe).




 Przyjemnie było słuchać słów zachwytu i patrzeć, z jakim smakiem, ludzie zajadają się pomidorkami mojego mężna. Ach! w takich chwilach, byłam z niego bardzo dumna. Nie, nie tylko w takich, zawsze byłam  dumna, że trafił mi się taki facet:))
Patrząc na pojedynczą kanapkę z cienkim plasterkiem pomidora, przypomniały mi się kolorowe pomidory.Pomyślałam też, że jak zjem tych kilaka ostatnich pomidorów wyhodowanych z nasion, które zbierał jeszcze mój mąż, to zniknie kolejna niewidzialna nić łącząca mnie ze światem, którego już nie ma.
Siadłam do pisania i zobaczyłam, że będzie to setny post, dziwne... zbiegły mi się dwie daty ( pierwsza smutna rocznica i setny post), przy których zwykle dokonuje się podsumowań. No więc, niech to moje wspomnienie, będzie czymś w rodzaju podsumowania.  Popatrzcie, umiem już wspominać, to dużo.....


środa, 14 sierpnia 2013

Kryzys

Nic mi się nie chce.... Zaczęłam wiele rzeczy i nie mam motywacji, by dokończyć.Mam nadzieję, że to minie, bo inaczej będę strasznie się nudziła:)).
Przed kryzysem wymyśliłam, że zrobię ganutellową kompozycję, w starym maltańskim stylu, jak te poniżej.




























Zdjęcia pochodzą ze strony Marii Kerr, największej specjalistki w tej dziedzinie.

Problem w tym, że nie mogę znaleźć takiej szklanej kopuły. Znalazłam jedynie coś w rodzaju szklanego pucharu.


Pierwotnie miał okropne złote szlaczki, złotą podstawę i czubek. Na szczęście pomógł zmywacz do paznokci:)). Jeszcze nie oczyściłam do końca. Na razie zrobiłam, raptem kilka kwiatków:)) i zabrakło mi napędu:((.



Robić nie mam ochoty, ale szperam po internecie i znalazłam coś takiego, może komuś się przyda:))
nowe życie starych swertów. Ludzka pomysłowość nie zna granic.





środa, 7 sierpnia 2013

"Tak się robi w Obi"

Dawno zauważyłam, że blog założony w konkretnym celu, zaczął ewoluować w kierunku: ... ech, życie....!
Albo pogodzę się z tym, że mam śmietnik, albo założę drugiego bloga, np. Przypadki kobiety samotnej:)),  ale zanim to zrobię.... 
Przy porannej kawie stwierdziłam - mój balkon potrzebuje płytek. Jest idea, jest działanie. W moim przypadku, często najpierw działanie, potem myślenie:)) Kluczyki, samochód, najbliższy supermarket - OBI. Na miejscu, uzgodniłam z miłym panem, że potrzebuję 6 paczek płytek i dwa worki kleju. Miły pan załadował wszystko na wózek. Podziękowałam, popchnęłam i.... zaczęłam myśleć. Sześć paczek płytek po 20 kg każda, dwa worki kleju po 20 kg, razem 180 kg, nie jest mało, trudno, do samochodu dopcham , jakoś załaduję. Na miejscu,  paczki podzielę i będę nosiła po trochę. Zaparłam się jeszcze bardziej i pcham wózek z miną " wszystko jest pod kontrolą" . Stoję w kolejce do kasy i łapię na sobie uważne spojrzenie Pana z ochrony, raz, po chwili jeszcze raz. Robię szybki rachunek sumienia, ale nie... nie mam nic na sumieniu i kieszenie puste:)), a pan ochroniarz  zmierza w moją stronę. Ludzie patrzą, mi robi się nieswojo.  Przyszedł ... z pytaniem, czy mam kogoś do pomocy, czy też jestem sama. Na moje stwierdzenie, że świetnie sobie dam radę, odparł: "nie może tak być, żeby kobieta tak się męczyła, zaraz otrzyma pani pomoc". Chwycił za telefon i zanim przyszła moja kolej do płacenia, pojawił się młody człowiek, który nie dość, że dopchał ładunek do samochodu, to jeszcze załadował wszystko do bagażnika i z troską dopytywał, czy w domu jest ktoś do pomocy. Skłamałam, że tak, co miałam mu powiedzieć i tak z trudem powstrzymywałam łzy bezradności i żalu za szczęściem utraconym. Usiłowałam wręczyć mu jakąś gratyfikację za pomoc, ale nie wziął, mimo moich nalegań. Stwierdził, że jest tu od tego, by pomagać.  
Balkon jest już pięknie wyłożony terakotą (nie, nie, sama tego nie robiłam) :)) Ile razy spojrzę na podłogę, tyle razy przypominam sobie bezinteresowną troskę obcych ludzi i reklamowy slogan: Tak się robi w OBI. 

I wiecie...., świat nie jest taki zły, jeśli na swojej drodze spotyka się DOBROĆ.

Była zwykłą niebieską butelką, którą przyniosła mi znajoma. Teraz ma wrócić do właścicielki i wygląda dalej, jak zwykła niebieska butelka, ale z kwiatami:))


Dziękuję, że czasem do mnie zaglądacie i nawet zadajecie sobie trud, przeczytania i skomentowania.  Cieszą mnie wszystkie Wasze odwiedziny.