czwartek, 10 października 2013

Spacer nad brzegiem morza

Góry są tu porośnięte jałowcowymi drzewami, cyprysami i jakimiś karłowatymi dębami. Tu jedna z odmian jałowca.


Pierwszego dnia odpoczywaliśmy po podróży. Później, większość czasu spędziłam na chodzeniu i oglądaniu. Bezczynne leżenie na plaży, w moim przypadku nie wchodzi w grę, po 15 minutach jestem totalnie znudzona:)) 

Daleko, białe budynki, to obiekty sanatoryjne, obok których znajdują się nasze dziwne domki. W głębi majaczą jeszcze jakieś ślady cywilizacji. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, co tam jest.

Teren sanatorium. Zdjęć niewiele, bo nie będąc ani dzieckiem ani młodzieżą sanatoryjną:)) w ogóle nie powinnam tu być:)) podobnie, jak większość osób z zielonych domków:)). W tym kraju wszystko jest możliwe.  


Kiedyś z pewnością było tu pięknie, teraz już tylko ślady dawnej świetności.

Potem spacer przed siebie.  Za punkt orientacyjny, że idę w dobrym kierunku, służy mi ta góra.

W pewnym momencie sanatoryjna alejka skończyła się, dalej prowadzi wydeptana ścieżka. Jak ktoś tędy chodzi, to ścieżka gdzieś mnie doprowadzi - idę....

To moje ulubione widoki - jałowcowe drzewa. 






Cała ziemia w lesie, usłana jagodami jałowca. Idzie się po nich , rozgniata i zapach jest obezwładniający. 




Wszyscy mnie ostrzegali, że na samotnych spacerach, nie powinnam afiszować się z aparatem. 
Sama wiem, że to niezbyt rozsądne, ale kto rozsądny decyduje się na taką wyprawę samotnie? 
Na wszelki wypadek , postanowiłam nie kusić złego ponad miarę i aparat nosiłam w plecaku. Było to trochę
uciążliwe, bo za każdym razem, jak chciałam coś sfotografować, musiałam zdjąć plecak, rozejrzeć się, czy ktoś na mnie nie czyha:))) wyjąc aparat, zrobić zdjęcie, a potem w odwrotnej kolejności:)) Czasem jeszcze trzeba było wracać po plecak - jak tu...




Szłam tą ścieżką i szłam, i kiedy już prawie zdecydowałam, że powinnam zawrócić, ponieważ poczułam się nieswojo, pusto wokół i jakoś tak strasznie:). Doszłam do dziury w płocie. Każdy wie, że dziura w płocie jest bardzo intrygująca i trzeba sprawdzić, co jest dalej. Postąpiłam, jak każdy. Przez dziurę w płocie wyszłam na drogę.....
Rozejrzałam się, czy lepiej w górę...., 
 
czy lepiej w dół. Poszłam w dół, za szumem morza.
Po drodze, kilka dzikich obozowisk, jak np. to: 

Okazuje się, że są też możliwości wynajęcia domku w lesie:)) Gdyby ktoś chciał, proszę bardzo, podaję telefony:))

Spodziewałam się że droga doprowadzi mnie jakieś plaży, ale wieżowca na brzegu morza to się nie spodziewałam! No dobra, jest wieżowiec, idę obejrzeć. 
Za każdym zakrętem, to cudo wyglądało inaczej, zastanawiałam się, czy to jeden dom, czy całe osiedle.




 Okazało się, że to jeden ogromny budynek, ale jego bryła jest zdumiewająca
 
Trochę z obawą, czy  ochrona mnie nie pogoni,  zaryzykowałam wejście na taras widokowy. Nie pogonili:))  Zaręczam, że oprócz sztucznej trawy na tarasie (te kółka to lampy), wszystkie ścieżki wokół budynku również są wyłożone sztuczną trawą. Poza tym, donice z kwiatami, palmy itp. luksus aż kapie....( zdjęć nie ma, musicie uwierzyć na słowo)

Pod tym niebieskim daszkiem można było coś zjeść, napić się kawy albo alkoholu i tylko tutaj, przez całe 10 dni mojego pobytu  widziałam jedną osobę mocno nietrzeźwą. 

Zeszłam na plażę i spojrzałam na budynek z drugiej strony, kolejne zaskoczenie...
 


Budynek od strony morza przypomina wielki statek pasażerski. Nie wiem, czy mi się podoba, nie mam zdania. Z tego, co mi mówiono, cena mieszkań w tym czymś,  liczy się w setkach tysięcy dolarów. 

Zdecydowanie wolę oglądać wodę i skały, niż dzieło szalonego architekta:))

 





Niestety dalej, nie dało się przejść, chociaż gdybym się uparła, kto wie?  Jednak zwyciężył rozsądek. Okolica wyglądała na całkiem dziką i wolałam nie zapuszczać się tam samotnie. Tą samą drogą, po skałach, przez las i dziurę w płocie wróciłam do naszych dzikich domków. 
Jak nie dało się w jedną stronę, to trzeba iść w drugą:))  Kamienistą plażą wzdłuż brzegu, 


Kamyki, niektóre w sam raz na kaboszony.Moje myśli w tym momencie poleciały do znanych mi z bloga, koralikujących pań:)) Nie oparłam się i jak każdy rasowy:)))) turysta, nazbierałam pasiastych kamyków. 




poszłam, tak daleko, jak się dało, a po drodze....

co jakiś czas, spotykam turystów, rozbijających namioty na wąskim pasku plaży. Ptaki o dziwo, wcale nie wykazywały niepokoju i pozwalały się onserwować,




a ten był wręcz bezczelny . Z zapartym tchem obserwowałam jego poczynania.










tu, trzeba wejść do wody, bo inaczej nie ominę tych skał...

za skałami, kolejne skały i.... mini plaża nudystów. Oni nie uciekali na mój widok, ja nie uciekałam na ich widok:))




dalej plażą już się nie da, trzeba wejść na górę


wszędzie sieć ścieżek, które wybrać? w prawo, w lewo?
poszłam w prawo, lewa ścieżka była tuż nad urwiskiem, nie zaryzykowałam i dobrze zrobiłam, bo po chwili doszłam  do pięknego miejsca widokowego.

Białe budynki, majaczące w oddali, to okolice naszej bazy.

Jałowcowe drzewa, rosną tuż nad urwiskiem.



Przytrzymam się gałęzi i zerknę w dół








zaryzykowałam, spojrzenie w dół i niespodzianka!


nie będę im przeszkadzać, lepiej pogapię się na morze i ptasią skałę:)))

 Już wcześniej zauważyłam, ptasią skałę, ale stąd, lepiej widać:)






Wracałam nieco inną ścieżką, pilnując, by nie oddalić się zbytnio od morza.
Okazuje się, że nasze domki, nie są jedyne. Wszystko wskazuje na, że jest to siedziba całoroczna (anteny telewizyjne).

 W lesie, co chwila natykałam się na przykłady bytności współczesnych jaskiniowców:)))

ta butelka, to umywalka, jak lekko odkręci się korek, woda leci jak z kranu, jestem pełna podziwu dla ludzkiej pomysłowości:)))
 
tu nie można zginąć, można się umyć, można skorzystać z grilla:))



Bardzo ciekawe drzewo nazywane "бесстыдница" -( bezwstydnica) pewno z tego powodu, że wygląda, jakby było obdarte z kory - gołe:))

 

 

 to znajomy widok, jestem prawie w naszym obozowisku:))

 
 i nagle zauważyłam, że i tutaj zawitała jesień,

czas wracać do domu. 

Powrót, to kolejna niespodzianka. Takim samochodem w życiu nie jechałam i po raz drugi chyba nie będzie mi dane.  Czy ktoś pamięta rosyjski film pt. "Siedemnaście mgnień wiosny"  tam były takie pojazdy....cdn.

poniedziałek, 7 października 2013

Jestem u celu

c.d. 
W komentarzu do poprzedniego posta, Jagoda napisała : "czyta się twojego posta jak opowiadanie o wspaniałej podróży w nieznane..."  Ma rację, to była podróż w nieznane. 
Otrzymałam propozycję od mojej długoletniej znajomej Rosjanki, mieszkającej na Ukrainie, byśmy spotkały się nad morzem czarnym. Wyjeżdżając z Polski wiedziałam, że spotkamy się w Symferopolu i docelowo mamy być w Łaspi, tyle. Na moje wcześniejsze pytania uściślające, otrzymywałam odpowiedź typu: weź strój kąpielowy, szorty, coś cieplejszego do ubrania, resztę zostaw mnie, my tam bywamy od 10 lat. Ponieważ znamy się od 14 lat (bywałam u nich w domu w Dniepropietrowsku), postanowiłam jej zaufać:)). Powiedzmy, było to, zaufanie obarczone pewnym ryzykiem. Znając ją i jej  rodzinę, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność rosyjskiej duszy (w pozytywnym znaczeniu), mogłam przewidywać, że albo będą to wczasy w eleganckim apartamencie nad brzegiem morza, albo ..... nie mogłam wykluczyć niczego:)) i miałam rację!

Bagaże załadowane, winogrona kupione jedziemy dalej

Nareszcie jakaś konkretna, namacalna wskazówka, dokąd mnie wiozą. Skręcamy, zgodnie z sugerowanym kierunkiem:)


Od tego momentu jedziemy cały czas w dół, jeden zakręt, drugi zakręt - góry, morza nie ma.....

Kolejny zakręt. Nie jestem pewna, czy przede mną to  tylko bezkres nieba, czy może, morze?

Pozostałam w niepewności, następny zakręt i wielki błękit znikł. Znowu góry, las i nowoczesne budownictwo, w stylu innym niż u nas.


Dalej w dół, jeszcze jeden ostry zakręt i nagle!!! jest! jest cudowne błękitne morze gdzieś w dole.

Mijamy tablicę: Całoroczne Sanatorium. Centrum Zdrowia dla dzieci i młodzieży, Łaspi

Zatrzymujemy się przed bramą.  Bramą, jak brama,  nie wygląda na całkiem nową, raczej nadszarpnięta zębem czasu, ale szczelnie zamknięta).  Obok bramy budka strażnika  z dość służbowo wyglądającym osobnikiem  wewnątrz (na wszelki wypadek zrezygnowałam z fotografowania tego miejsca)  po sprawdzeniu przepustki, otworzył nam bramę i jedziemy dalej.  W tym czasie próbuję analizować sytuację: dzieckiem już nie jestem, młodzieżą???, jeżeli tak, to w grupie starszaków :)))))


dalej w dół , zakręt za zakrętem, 

Jeden z budynków sanatoryjnych.

O! jest morze!

Morze znowu zniknęło, naprzeciwko widać tylko jakiś budynek.
 Jedziemy za ten budynek,  zatrzymujemy się, wysiadamy. 

 Patrzę w lewo..... nareszcie! morze, kamienne molo, wydzielony, spory basen, dalej plaża i cudowny widok 
przed basenem, od strony plaży kamienne ławy (coś w rodzaju amfiteatru )  


patrzę w prawo.... Domki, domeczki, miejsce wygląda na dawno opuszczone i zapomniane przez ludzi
 

Nie, chyba niezupełnie opuszczone i zapomniane, jakaś cywilizacja tu jest, np. w postaci pełnej kociej miski i samego jej właściciela:)) 

To coś zielone, na samej górze ma być naszym lokum. Moja ciekawość miesza się z coraz większym niepokojem. Kurczę, gdzie ja jestem?????, Czy na pewno, tak sobie to wyobrażałam? Trudno...., idziemy w górę....

 wyżej, coraz wyżej. Otworzyć, czy uciekać???

Jestem odważna, nie z takimi problemami dałam sobie radę! Otwieram! Uff! nie jest źle:)) Jest spanie, jest gniazdko w ścianie, czyli, można spodziewać się światła elektrycznego, nie tylko blasku księżyca:)) 

Wiem, jak wygląda miejsce do spania, czas zapoznać się z otoczeniem.

 Znalazłam stół 

znalazłam hamak.... będzie dobrze:))
    
znalazłam bujany fotel z widokiem na bezkres morza. Będzie bardzo dobrze!!!
 
Ten bujak, był moim ulubionym miejscem. Po zmroku, robiłam sobie pyszną herbatę z krymskich ziół ( o tym, potem) i godzinami mogłam w nim przesiadywać słuchając odgłosów  morskich fal, rozbijających się o skały.

 Znalazłam lustro, zawieszone w lesie, na gałęzi . To chyba dla driad - nimf leśnych. O! czyżby to jedna z nich:)))
Wiecie co, dookoła jest pięknie. W takim miejscu, naprawdę coraz bliżej mi Homera i mitologii greckiej.

A jak jest pięknie, jeszcze pokażę.  To okno, na mój cudowny, nowo poznany świat:))








sobota, 5 października 2013

Podróż c.d.


Następny etap podróży: Kijów -Symferopol i kolejna noc w pociągu. W odróżnieniu od polskich, w ukraińskich pociągach sypialnych nie ma podziału na przedziały męskie i żeńskie. Za to, są pociągi  o różnych standardach, ja poznałam trzy wersje.  Wg. mnie, różnią się jedynie ilością osób w przedziale. Poza tym, przynajmniej w tych, którymi ja podróżowałam, nie zauważyłam znaczących różnic. Bilety kolejowe są imienne. Przed wejściem do wagonu,  należy okazać bilet i dowód tożsamości.  
W przedziałach znajdują się zwinięte w rulon materace i poduszka. Obsługa  przynosi pościel zafoliowaną w takich opakowaniach.
W worku znajduje się poszewka na poduszkę, dwa prześcieradła, ręcznik i w przypadku pociągu klasy LUX,  dodatkowo: paczka chusteczek higienicznych, chusteczka nawilżana i czyścik do butów. 
Ten etap podróży odbyłam pociągiem  klasy LUX - dwie osoby w przedziale. Tym razem trafiłam na starszego pana (starszego niż ja:)), jadącego do sanatorium.  


Trochę gapiłam się przez okno, ale jeśli, ktoś spodziewa się zobaczyć urokliwe wsie i miasteczka, to raczej nie w tej części Europy, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Gdzieniegdzie widać nowe zabudowania, jednak w większości przypadków, widzi się stare, zdewastowane budynki, ale najczęstszym widokiem są szpalery krzaków i drzew, rosnące wzdłuż torów, skutecznie zasłaniające widok.

Kolejna kolacja w pociągu (jeszcze polskie - domowe kanapki), herbata zamówiona u prowadnika  i spać:))
Tym razem, miałam miejsce na górze.
.
 Mniej więcej godzinę przed dojazdem do celu podróży, obsługa wagonu informuje o tym. Jest to czas, na poranną toaletę. W przeciwieństwie do naszych pociągów, tam nie zdarzyło mi się, by zabrakło wody w toalecie, czy umywalce:)). 
Szybka poranna kawa w pociągu, i miły gest mojego towarzysza podróży.  Wstałam, by odnieść szklankę, a pan grzecznie wyjął mi ją z ręki, stwierdzając, że nie uchodzi, by  w jego obecności kobieta nosiła naczynia i zrobił to sam. Ech! stara, dobra szkoła:)))
W miłej, pełnej kurtuazji atmosferze, wjechaliśmy na dworzec w Symferopolu. Tam czekała na mnie, moja rosyjska znajoma.


Niestety, Symferopol widziałam jedynie, przebiegając z dworca PKP na dworzec autobusowy, czyli... nic nie widziałam. Dworce sąsiadują ze sobą.
Kolejna przesiadka, tym razem do autobusu - jak widać relacji Symferopol-Sewastopol. Teraz już wiem, że mogłam pociągiem dojechać aż do Sewastopola i tam spotkać się ze znajomą. Nie wiem dlaczego nie umówiłyśmy się na spotkanie w Sewastopolu.

Od tego momentu, cała reszta była już czystą improwizacją :)))
Moje wyobrażenia na temat dojazdu i pobytu w Łaspi, z każda chwilą rozpływały się, jak sen jaki złoty :)))
 
W autobusie, trafiło mi się najlepsze miejsce, z najlepszym widokiem:) chociaż robienie zdjęć okazało się jak dla mnie nie lada wyzwaniem. Zanim ustawiłam się z aparatem, to piękny widok był już za nami:))

 Pan kierowca, sądząc po urodzie - Tatar

 Wjeżdżamy do Sewastopola

 Z okna autobusu, zobaczyłam kawałek portu w Sewastopolu.
Aby dojechać do miejsca docelowego, czyli  Łaspi, jeszcze raz zmieniałyśmy środek lokomocji. tzn. myślałam, że to ostatnia przesiadka, ale.... W każdym razie, od Symferopola nie byłam zdana tylko na siebie. Było nas już cztery:  nasza najmłodsza wczasowiczka miała dwa latka:)). Przeurocze dziecko o imieniu Marija czyli Masza, Maszeńka. Bardzo szybko nauczyła się, że nie jest Masza tylko Marysia:))). To zdumiewające, jak taki mały człowieczek błyskawicznie uczy się nowych słów. Jestem przekonana, że gdybym pobyła tam miesiąc i  mówiła do niej tylko po polsku, mała bez problemu posługiwałaby się dwoma językami.

Sewastopol w pobliżu dworca  autobusowego. Tutaj czekał na nas , znajomy moich towarzyszek, z samochodem osobowym.

Ostatnie zakupy. Tam, gdzie jedziemy, jest tylko morze, góry, las, a najbliższy sklep - pół godziny marszu pod górę. Wszystko, czyli: my cztery, nasze bagaże i kosz żywności, zostało zapakowane do samochodu osobowego, zaprzyjaźnionego pana, który " na chwilę wyrwał" się z pracy, by nas zawieźć. Tj. 40 km do Łaspi i 40 km z powrotem.
Jedziemy, upchane między bagaże, z torbami na kolanach, ale jedziemy, a krajobraz coraz piękniejszy:))

Nie, nie, to nie koniec naszej podróży:)) To tylko kolejna przesiadka.... Pan, który "wyskoczył" z pracy, musiał pilnie wracać, ale zanim wrócił, zorganizował nam kolejną podwodę. Właśnie jesteśmy przepakowywane do następnego auta.

 
Mężczyźni noszą bagaże, a my wybieramy winogrona u sprzedawcy stojącego przy szosie. 

 To już ostatnia przesiadka, stąd już tylko trzy kilometry do celu. Zaczynają się cudne krymskie góry, jałowcowy las, zapach jałowca i morza. Mogłabym zostać tam na zawsze:)))
cdn. 

A to? jeszcze nie wiem, co z tego będzie:) To mój krymski zawrót głowy:))) Haftowany koszyczek z kwiatami ganutell. Haft leżał kilka miesięcy i jakoś nie mogłam dokończyć.Ostatecznie, zamiast dokończyć, wymyśliłam, że zrobię z tego, coś w rodzaju koszyczka z kwiatami. Docelowo chcę oprawić to w ramkę. Patrzę i nie jestem przekonana do tego pomysłu. Chyba ta praca, trochę poczeka na ukończenie:)