środa, 10 września 2014

Skończyłam

Długo trwało:), sama znudziłam się tym pomysłem, ale jest! Kwiatowy torcik na paterze. Po namyśle wybrałam zieloną paterę. Wyszły kwiatki na trawie:))









Kompozycja idealnie pasuje do mojego pomysłu mieszkania w stylu vintage, które cały czas jest w trakcie realizacji. Co z tego wyjdzie, sama nie wiem, ale mam jedyną okazję pobawić się. Ani umeblowania ani stylu nie traktuję "śmiertelnie poważnie". Założenie jest takie: ma być wygodnie, ma się dużo zmieścić. Muszę upchnąć: druciki, koraliki, wstążeczki, skończone ganutelle, zaczęte ganutelle i jeszcze trochę damskich szmatek:))). Ma być....... nie ma ścisłego planu ani pomysłu:)) Ma być tak, żeby nie szkoda było zmieniać mebli lub zostawiać (kto wie, co jeszcze życie mi szykuje?)  Już zweryfikowałam pomysły, co do szaf i mebli kuchennych, weryfikacja trwa nadal:)))
Na razie znalazłam krzesła - używane, ale w bardzo dobrej formie, mają świetny kształt  i tylko jedną wadę. Piękne bukowe drewno, ktoś pomalował na czarno. Wiem, wiem.... była moda na czarne meble.  Pokażę Wam, jak przywiozę do siebie. Potem trochę mojej pracy z papierem ściernym, nowa tapicerka i krzesła z brzydkich kaczątek; mam nadzieję; zamienią się w łabędzie:)))


czwartek, 28 sierpnia 2014

Jedwab

Nie ma żadnych nowości:) Pracuję nad ukończeniem jedwabnej kompozycji, już niewiele mi zostało. Obecnie prezentuje się tak....
 i w ogółach:))))

 i w szczegółach:)))

Początkowo myślałam, że będzie to feeria barw,  po namyśle zdecydowałam ograniczyć się. Zostały tylko takie kolory.
Ostatnio przeżyłam lekki szok :) Zaplanowałam sobie dwie szafy w zabudowie (takie od sufitu do podłogi)
 i zabudowę kuchni. Zapowiadało się cudnie, znalazłam w internecie ofertę, obejrzałam projekty - podobały mi się:)). Przyszła miła pani z firmy. Taka bardziej artystka - plastyk, jak mówiła o sobie. Pogadałyśmy, pani rozejrzała się, pomierzyła, powiedziała, że widzi moją kuchnię w stylu prowansalskim i za kilka dni przedstawi projekt. Osobiście do Prowansji nic nie mam, ale w mojej kuchni? Nie byłam przekonana. Postanowiłam poczekać na propozycję. W myśl zasady:" może nie wiesz co ci się podoba". W umówionym terminie udałam się do firmy, żeby obejrzeć propozycje i szaf i kuchni, i......
Przedstawiona mi kuchnia była w ciemnobrązowej tonacji od sufitu do podłogi. Moje zdecydowane nie, spotkało się z lekkim oporem. Wykonawczyni, pomysł bardzo się podobał, mój sprzeciw wzbudził niezadowolenie. Ostatecznie przeforsowałam swoje pomysły co do koloru  i stylu. O szafach już nie wspominam, bo jedna, była zaprojektowana ( przy pomocy programów komputerowych, metodą kopiuj-wklej) o drugiej pani zapomniała i zdziwiła się, że miała być. Przebrnęłyśmy i przez ten problem. Teraz miałam dwa dni poczekać na przedstawienie wyceny. No to poczekałam...... za dwie szafy o wymiarach 160x270 i 110x270, oraz przestrzeń kuchenną o wymiarach 140x110, miałabym zapłacić około piętnastu tysięcy złotych. To jest cena tylko szafek i ich montażu, bo sprzęt AGD i jego montaż to już inna bajka. Moja decyzja: to ja dziękuję za wycenę, jeszcze się zastanowię:)))))))))
Wyszłam z firmy i do dzisiaj myślę, czy ja mam taki drogi gust, czy Pani uznała, że jestem jednak kompletną idiotką, a może i tego boję się najbardziej - zupełnie straciłam kontakt z rzeczywistością i nie mam pojęcia o cenach.  Dałam sobie na wstrzymanie, i ochłonięcie a jak już dojdę do siebie:)) zacznę sprawdzać inne oferty.


środa, 20 sierpnia 2014

Stoliczek

Ostatnio mnóstwo czasu spędzam na oglądaniu mebli. Wczoraj nawet poświęciłam pół dnia na zwiedzanie sklepów z meblami. Byłam w czterech. Na więcej nie miałam siły. Efekt? Niewiele zatrzymało moją uwagę, a to, co zatrzymało, rzucało na kolana z powodu ceny. Zauważyłam sporo mebli w stylistyce lat 50/60, to chyba jakiś nowy trend:)) bo są bardzo drogie. Podobałymi się, delikatne, lekkie, w sam raz do mojego obecnie niewielkiego mieszkania, ale ta cena:)) 

Wizyta w tzw. "Salonach meblowych", zakończyła się wizytą na portalach ogłoszeniowych. Za ułamek ceny, którą zapłaciłabym za nowy, w podobnym stylu mebelek, stałam się dumną posiadaczką stolika kawowego ze świdnickiej fabryki mebli, wyprodukowanego w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.Wszystko wskazuje na to, że moje nowe mieszkanie będzie miało design - bardzo modnie to brzmi:)))))), ale przestańmy się wygłupiać. Mikołaj Rej powiedział:  " ...iż, Polacy nie gęsi, iż swój język mają " dlatego moje mieszkanie, najprawdopodobniej będzie miało wystrój ( inspirowany) wzorowany na latach sześćdziesiątych XX wieku. Wieczorem uświadomiłam sobie, że do kompletu, mam u rodziców stolik pod telewizor dokładnie w tym samym stylu - brązowy blat i półka, czarne okrągłe nóżki. Muszę koniecznie zamienić się z rodzicami na stoliki RTV:))  Mama powie, iż zwariowałam. Zamiast kupić coś nowoczesnego, zbieram stare graty. Co tam! Wolno mi! Jestem kobietą po przejściach, mogę mieć chwile szaleństwa:)))



 Stoliczek mam, a na stoliczku prawie skończony pomysł, który zaczęłam realizować kilka miesięcy temu. Docelowo, kompozycja ma być umieszczona na szklanym kloszu, na wysokiej nóżce i przykryta szklaną kopułką. Jeszcze trochę muszę nad tym popracować. Kwiaty robię z jedwabnej przędzy, jest to bardzo pracochłonne. Jedwab jest tak cieniutki, że przy sztucznym świetle, prawie go nie widzę, trudno się robi.
                          


Teraz potrzebuję stołu i krzeseł w tej stylistyce.  Kończę pisać. Wybieram się na poszukiwania:)))
 ".... ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?....
Pozdrawiam Was serdecznie.


piątek, 15 sierpnia 2014

Kolejny raz...

.....na początku był chaos..... U mnie też, chaos. Zaliczyłam kolejną przeprowadzkę i już nie planuję żadnych innych, przynajmniej przez kilka lat:)))) Chyba, że geny przodków - koczowników wezmą górę. Na razie jestem zmęczona upałem, bałaganem i przyzwyczajaniem się do nowego miejsca. Kompletnie nie mam na nie pomysłu. Po raz kolejny odgrażam się, że nowe miejsce będzie całkiem nowe i po raz kolejny (już nie wiem, który), oglądam różne aranżacje: nowoczesne, klasyczne, takie całkiem "spod czachy" i ciągle zbaczam ku zaokrąglonym kształtom klasycznych mebli. Nowoczesna "kanciastość" jakoś mnie odpycha mimo, że patrząc, myślę - ładne, ale siebie w takim wnętrzu nie potrafię zobaczyć:))

Niezależnie, jakie wnętrze mi wyjdzie, stary kredens przyjechał ze mną.

Już nie mam sił do mojej pani, ciągłe zmiany, a pies potrzebuje odrobiny stabilizacji!!!

W nowym miejscu, nawet kaktusy zakwitają:))
To pierwszy ganutellowy kwiat w nowym miejscu, ale wracam do pracy, powinno ich być coraz więcej. Muszę przecież skończyć pomysł, który zaczęłam jeszcze przed Wielkanocą.

Pozdrawiam wszystkich blogowych przyjaciół, którzy zostaliście ze mną, mimo ostatnich blogowych zaniedbań i nieobecności. Całuski kochani:))))






czwartek, 24 lipca 2014

Przeszłość - teraźniejszość - przyszłość

Od ostatniego postu byłam bardzo zajęta. Miałam wizytę "na szczycie" tj. wnuczka i jej rodzice. Piszę w tej kolejności, bo wiadomo, że jak są małe dzieci, dorośli schodzą na dalszy plan:)).
Oczywiście bardzo przygotowałam się do wizyty, nagromadziłam smakołyków, by dziecku sprawić przyjemność. Teraz sama je zjadam:))). Dziecku XXI wieku najbardziej smakował Lawasz - pieczywo którego początki sięgają czterech tysięcy lat wstecz. Dostałam pakiet lawaszu od zaprzyjaźnionego, polsko - ormiańskiego małżeństwa.  


Planowałam, że będę się nim delektować przy okazji robienia jakichś potraw wschodu ( jestem ich fanką), ale dałam do spróbowania dzieciom i......... dopóki lawasz, nie skończył się, a miałam spory zapas, oglądałam codziennie taki widok:)))))

 Patrząc na ten obrazek, to pomyślałam, że cztery tysiące lat temu, pewno wyglądało to podobnie - dzieci pogryzały płaty lawaszu. Dziecko XXI wieku też ze smakiem, pogryza płaty lawaszu. Zastanawiam się, czy w przyszłości też będzie to podobnie wyglądało?

Teraz rośliny z poprzedniego postu. Niebieskie kwiatki to wyka ptasia Vicia cracca.






Spotykam ją spacerując z psem, rozrosła się bardzo i w takiej ilości wygląda przepięknie. W dzieciństwie zrywałyśmy jej  długie wiotkie łodygi i robiłyśmy welony księżniczek. Ciekawe, że wszystkie chciałyśmy być księżniczkami, a służbą - nikt:)))

To kwiaty i liście łopianu. Joanna napisała, że kolczaste - czepne kwiaty, służyły do zabawy ja też tak się bawiłam:))


 Tu piękny okaz łopianu w pobliżu mojego mieszkania.

Moje ganutelle nadal spakowane ale odczuwam syndrom "niespokojnych rąk" i przymierzyłam się do sutaszu. To pierwsze, niewprawne, nieporadne wytwory. Wzorowałam się na mistrzach, ale gdzie mi do nich:)))





sobota, 12 lipca 2014

Pochwalę się:)

Własnie tak, pochwalę się!
Viola jest moją czarodziejką. Popatrzcie, co wyczarowała ostatnio, a ja znalazłam to w swojej skrzynce pocztowej:)))

 Superowy letni komplecik. Wzbudziłam w nim duże zainteresowanie w jednym z lubelskich sklepów z akcesoriami rękodzielniczymi. Panie stwierdziły, że same zajmują się koralikami, i takich kolczyków jeszcze nie widziały:)). Łaskawie pozwoliłam "obejrzeć" się dokładnie. I odesłałam na bloga do Violi:))


Biały prześliczny komplecik, to takie trzy w jednym. Kolczyki, sznur z zawieszką, albo wszystko oddzielnie. Sama zawieszka na srebrnym łańcuszku też jest bardzo efektowna. 
Wiem, wiem, wyszło jakoś nieostro. Kurczę nie mam talentu do zdjęć. Ja sobie, aparat sobie jakoś nie umiemy się zgrać. Chyba muszę kogoś poprosić o korepetycje na temat: dlaczego, to chcę pokazać wychodzi nieostre, a wszystko obok - całkiem, całkiem. 
Violu, moja Dobra Wróżko dziękuję stokrotnie za prezenty:))

Ps. Poznajecie te rośliny?

czwartek, 10 lipca 2014

Nie ma łatwo......

Ten post miał być opublikowany dwa dni temu i zaczynał się tak:
Podobno żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej. To właśnie teraz jest gorzej. Nic nie mogę znaleźć, wszystko jest w innym miejscu niż mi się wydawało, albo nie ma wcale. Mój tzw. dobytek leży spakowany w trzech różnych miejscach i czeka..... na co? aż zwolni się moje mieszkanie (za jakieś dwa tygodnie).
Pomyślałam, że jak nie mogę zabrać się do Ganutell, to opowiem o wrażeniach z pobytu na Łotwie.
Pokażę kilka zdjęć, zrobionych z myślą o blogowych przyjaciółkach:)).  Pomysł wydawał mi się prosty, bo w  moim chaosie, odnalazłam aparat fotograficzny z zawartością jeszcze nie skopiowanych zdjęć i ...... Aparat? mam ! kabelek do połączania z komputerem? mam!  i klapa! aparat rozładowany, kabelek do ładowarki? Oczywiście w futerale! tak mi się wydawało - nie ma, nie wiem w którym worku:((( No to przerwa!
Dzisiaj poddałam się, nie szukam, kupiłam nowy kabelek:))

Teraz drugie podejście do tematu:)))
Prawdą jest, że milczałam przez dłuższą chwilę,  ale cały czas o Was myślałam i zaraz to udowodnię:)
W  maju byłam w Rydze – piękne miasto!
Spacerując po starym mieście, rzucił mi się w oczy, szalony kolorowy kogut, stojący w oknie wystawowym.


Od razu przypomniały mi się "Crazy poduszki"  Jaskółki. Z myślą o niej, szybciutko zrobiłam fotkę. Szybciutko i trochę ukradkiem, bo sprzedawcy niechętnym okiem patrzą na takie działania:), ale co tam! To przecież dla przyjaciółki :)

Potem spotkałam zwierzyniec w koszyku.  Oczywiście ” cyknęłam” cały kosz włóczkowych zwierząt, bo przecież pamiętam, że kolejna blogowa ulubienica - Janeczka, jest mistrzynią szydełka i drutów - może znajdzie tu jakieś inspiracje?  



To, z myślą o sobie:)) Zauroczyły mnie te, nawet nie wiem jak nazwać - wiatraczki? Lubię wietrzne dzwonki, ale raczej nie powieszę na balkonie. Może ich dźwięk będzie denerwował sąsiadów? A takie coś? Jeszcze pomalowane na jakieś fajne kolory, czemu nie? Kręci się to to wdzięcznie, nawet przy najmniejszym wietrze.
Kurczę nie mam męskiej ręki , której mogłabym zlecić  wykonanie, ale wydaje się dość proste. Takie cienkie listewki widziałam w OBI,  problem, to wywiercenie otworów i przycięcie w odpowiedni sposób. Potem to już tylko przeciągnąć sztywny kawałek drutu i skleić pod odpowiednim kątem.  Może spróbuję zrobić  samodzielnie. Trochę boję się wiertarki i piły;) 

I jeszcze jedno moje zachwycenie. Ogromne kamienne ptaki. Były na sprzedaż, ale…… za ciężkie, za duże, nie zmieściły by się w torebce i za drogie :) Wobec tego, pozostaną  jedynie na zdjęciu.



Poza tym, Ryga jest przepięknym miastem. Dobrze się tam czułam, pewno jeszcze kiedyś wrócę.

Rękodzielniczyć nie mogę z wiadomych powodów, to co mi pozostało? Poszłam na koncert.  Od 18 lat, w jednym z lubelskich kościołów, od czerwca do października, odbywają się koncerty pod wspólnym tytułem "Międzynarodowy Festiwal Organowy", szczegóły tu:  Koncertował duet:  Georgij Agratina- fletnia Pana, cymbały i Robert Grudzień - organy, fortepian.  Uwielbiam organy, a w połączeniu z cymbałami lub fletnią Pana było to cudowne połączenie.  Dwie godziny minęły niepostrzeżenie. Potem wychodzisz na zewnątrz i...... świat wydaje się lepszy, ludzie piękniejsi. Chce się żyć !!! .

Pozdrawiam Was Kochani serdecznie.